Czasem naprawdę mam dość. Jak każdy chyba z resztą. Dość to złość, a złości są różne. Większe, mniejsze, gorsze, zawistne, ze stresu, ze zmęczenia. Mnie zaatakowała ta ostatnia. Co najgorsze zmęczenie psychiczne jest o wiele gorsze niż fizyczne, a kiedy to psychiczne zmęczenie cię śledzi, to reasumując masz przegrane. Jak ja się tego pozbyłam w takim razie? Trudno rzecz ogarnąć, bo sama dokładnego pojęcia nie mam.
1) Skupiłam się na czymś innym
W tej chwili miałam w domu malowanie, z czym się wiąże również przestawianie, ścieranie, ustawianie, przemeblowanie, odkurzanie i inne anie. Moja mama zawsze mówiła, że jeśli boli cię serce, to należy skupić się na pracy. Co prawda, to prawda.
2) Nauczyłam się myśleć chociaż trochę pozytywnie.
Nie jest to prosta rzecz i do osiągnięcia jakiś minimalnych sukcesów wdrapywałam się po wielkich ścianach około roku. Ale zauważyłam, że czasem po prostu bezsensownie się martwię. Jestem młoda, powinnam chodzić na dzikie imprezy, spijać się w trupa, tańczyć i być szalonym, a siedzę i martwię się przez ludzi, którzy nagle pojawili się w moim życiu. Nie, nie. To złe myślenie. Dobre myślenie to najzwyczajniejsze w świecie wmawianie sobie, że powinno być dobrze. Ale mówienie sobie w myślach, a nie obwieszczanie całemu światu jaki to jesteś pozytywny, cudowny i w ogóle jak ci wesoło. Nie, nie o to chodzi.
3) Omijam wampiry energetyczne.
Hej, myśleliście, że wampiry energetyczne są tylko w czasopismach dla wróżek? Zaskoczę was, ale nie. Trudno te osoby ze swojego życia "wyrzucić", bo łatwo się do nich przywiązać. Wiem po sobie. Czasem pozbycie się ich jest w ogóle nie możliwe i tu pojawia się problem. Ale nie ma co bić ludzi przecież za to, że zabierają wam energię. Są jak pijawki. Jak pokażesz, że wszystko z Ciebie uszło, to prawdopodobnie pójdą do kogoś innego. Prawdopodobnie.
4) Znalazłam pasje.
Nie zdajecie sobie sprawy jak ważne jest coś, co pomoże wam skupić się na sobie. W moim przypadku - rysowanie. Poszukiwania są czasem żmudne, ale warto znaleźć coś dla siebie. Od zbierania nakrętek do gotowania.
To podstawowe rzeczy, które pozwoliły mi zaprzestać mój idiotyczny styl życia, którym można nazwać "emo nastolatką z burzą hormonów, której w dupie się poprzewracało". Chciałabym dodać, że samemu trudno jest robić czasem cokolwiek. Samotność doskwiera z każdej strony, o ile nie jesteśmy "samotnikami" (chociaż i takim czasem rodzą się problemy z apogeum przebywania sam na sam). Warto znaleźć kogoś, komu można powiedzieć wszystko. Przyjaciela, rodzica, znajomego z internetu. Mam na myśli coś, kogoś, kto wysłucha i odpowie na twoje problemy. Ze ścianą trudno się jest dogadać. Wiem z własnego doświadczenia. Ściany są jakieś małomówne. Albo to ja za dużo gadam i czują się źle w moim towarzystwie.
piątek, 11 kwietnia 2014
niedziela, 23 marca 2014
Wyimaginowany deszcz i brak poczucia czasu
Jeśli usiądziesz i będziesz obserwował piekarnik, to ciasto będzie na złość udawać, że nie rośnie i będzie z ciebie robić idiotę. Jeśli natomiast odejdziesz na chwilę, to się zdenerwuje i z tej złości się spali, a ty poczujesz tylko znajomy zapach dymu. Czy ciasto potrafi żartować? Najwidoczniej.
Czy kojarzy ci się to tylko z ciastem? Coś przypomina, prawda?
Po kilku chwilach, jesteś pewien, że ciasto się upiekło. Przecież zrobiłeś wszystko zgodnie z przepisem, chociaż brałeś go z pamięci, a nie z tego, co kiedyś tam, gdzieś tam, było napisane w jakiejś starej, szarej książce. Sprawdzasz ciasto, niestety, ono wciąż jest całkowicie płynne w środku i nie minęło nawet 30 sekund od ostatniego razu, kiedy robiłeś to samo.
Wyjmujesz potem ciasto z piekarnika, gdy już uważasz, że jest idealne (lub po prostu to sobie wmówiłeś, bo naprawdę jesteś głodny), a ono opada, wydaje z siebie cichy pisk i znów ma z ciebie ubaw. Mimo to, nie poddajesz się i ponownie powtarzasz wszystkie czynności. Wbijasz, mieszasz, miksujesz, dodajesz, wstawiasz do piekarnika i bezczynnie patrzysz w okienko. Próbujesz zrobić to iksny raz, bo bardzo lubisz to ciasto, uwielbiasz jego kruchy, czekoladowy smak, który kilka razy posmakowałeś. Teraz próbujesz go odtworzyć, żeby znów zasmakować jego głębokiego smaku, chcesz aby jego wesoły zapach znów wypełnił twój dom, a ty mógłbyś powoli delektować się chwilami.
A teraz, żeby nie zostawić was w czarnej otchłani pseudo filozoficznych rozważań odnośnie ciasta - porównajmy to do tego, do czego powyższy tekst był metaforą.
Ty oczywiście jesteś tym, który piecze ciasto. Jesteś bardzo głodny, naprawdę masz ochotę na to pyszne, czekoladowe ciasto, które było idealne ostatnim razem, kiedy go próbowałeś. Próbujesz więc odtworzyć jego smak.
Ciastem jest bliska ci osoba. Ciocia, babcia, narzeczony, kochanka, wujek, nauczycielka od matematyki.
Dom to twój umysł, twoja chęć na to ciasto, to twoja podświadomość pomieszana ze wspomnieniami.
Wszystkie czynności, to to, co czynisz, aby wybrana osoba była szczęśliwa, aby była taka jak kiedyś.
Opadające ciasto, to brak zainteresowania/chęci/ochoty/potrzeby ze strony danej postaci.
Teraz brzmi w miarę sensownie, prawda?
Styczność z takimi osobami jest nieopisanie trudna. Wiesz, że nie uda Ci się zrobić tego ciasta ponownie, ponieważ tak naprawdę zapomniałeś przepisu. Ciasto tyle razy się nie udało, że wszyscy dookoła myślą, że to po prostu zły przepis, kompletnie bezsensowny, ciasto jest do dupy, a ty jesteś chorym psychicznie kucharzem.
Mimo wszystko wspominasz to, do czego nikomu się nie przyznawałeś, ulotne chwile, smak ciasta, którego nikt oprócz ciebie nie zasmakował i nie rozumie. Jedni nie lubią czekolady, innych wkurza zapach rozchodzącego się kakao, ale tobie to w sumie naprawdę pasuje.
Tak więc spędzasz czas z ciastem, obserwując jego wzrost, to jak delikatnie się rumieni. Po czasie wiesz dokładnie, że nic z tego nie będzie.
Po czasie doskonale rozumiesz, że to co robisz jest bez sensu. Nie masz z tym ciastem tak naprawdę nic wspólnego, ale mimo to siedzisz podparty na krześle i wysłuchujesz jak ciasto z ciebie chichocze, a potem chichoczesz razem z nim, śmiejąc się ze swojej nieudolności.
Jakkolwiek chciałbyś zapomnieć, to po prostu się nie da. I albo się z tym godzisz (tak jak w moim przypadku), albo na siłę robisz z siebie głupka, ciasto wyrzucasz do śmietnika, zajmujesz się czymś innym, a i tak twój mózg mówi: "zjadłbym jakieś pyszne ciasto. Najlepiej takie, jakie jadłeś 2 lata temu. Pamiętasz?".
To podobno nazywa się toksyczny związek. Chociaż dla mnie toksyczne kojarzy się z Czarnobylem, a nie z czekoladowym ciastem, które spróbowałam w dziwnych okolicznościach i nie smakowało tak, jak żadne inne ciasto czekoladowe. A może to był piernik?..
Czy kojarzy ci się to tylko z ciastem? Coś przypomina, prawda?
Po kilku chwilach, jesteś pewien, że ciasto się upiekło. Przecież zrobiłeś wszystko zgodnie z przepisem, chociaż brałeś go z pamięci, a nie z tego, co kiedyś tam, gdzieś tam, było napisane w jakiejś starej, szarej książce. Sprawdzasz ciasto, niestety, ono wciąż jest całkowicie płynne w środku i nie minęło nawet 30 sekund od ostatniego razu, kiedy robiłeś to samo.
Wyjmujesz potem ciasto z piekarnika, gdy już uważasz, że jest idealne (lub po prostu to sobie wmówiłeś, bo naprawdę jesteś głodny), a ono opada, wydaje z siebie cichy pisk i znów ma z ciebie ubaw. Mimo to, nie poddajesz się i ponownie powtarzasz wszystkie czynności. Wbijasz, mieszasz, miksujesz, dodajesz, wstawiasz do piekarnika i bezczynnie patrzysz w okienko. Próbujesz zrobić to iksny raz, bo bardzo lubisz to ciasto, uwielbiasz jego kruchy, czekoladowy smak, który kilka razy posmakowałeś. Teraz próbujesz go odtworzyć, żeby znów zasmakować jego głębokiego smaku, chcesz aby jego wesoły zapach znów wypełnił twój dom, a ty mógłbyś powoli delektować się chwilami.
A teraz, żeby nie zostawić was w czarnej otchłani pseudo filozoficznych rozważań odnośnie ciasta - porównajmy to do tego, do czego powyższy tekst był metaforą.
Ty oczywiście jesteś tym, który piecze ciasto. Jesteś bardzo głodny, naprawdę masz ochotę na to pyszne, czekoladowe ciasto, które było idealne ostatnim razem, kiedy go próbowałeś. Próbujesz więc odtworzyć jego smak.
Ciastem jest bliska ci osoba. Ciocia, babcia, narzeczony, kochanka, wujek, nauczycielka od matematyki.
Dom to twój umysł, twoja chęć na to ciasto, to twoja podświadomość pomieszana ze wspomnieniami.
Wszystkie czynności, to to, co czynisz, aby wybrana osoba była szczęśliwa, aby była taka jak kiedyś.
Opadające ciasto, to brak zainteresowania/chęci/ochoty/potrzeby ze strony danej postaci.
Teraz brzmi w miarę sensownie, prawda?
Styczność z takimi osobami jest nieopisanie trudna. Wiesz, że nie uda Ci się zrobić tego ciasta ponownie, ponieważ tak naprawdę zapomniałeś przepisu. Ciasto tyle razy się nie udało, że wszyscy dookoła myślą, że to po prostu zły przepis, kompletnie bezsensowny, ciasto jest do dupy, a ty jesteś chorym psychicznie kucharzem.
Mimo wszystko wspominasz to, do czego nikomu się nie przyznawałeś, ulotne chwile, smak ciasta, którego nikt oprócz ciebie nie zasmakował i nie rozumie. Jedni nie lubią czekolady, innych wkurza zapach rozchodzącego się kakao, ale tobie to w sumie naprawdę pasuje.
Tak więc spędzasz czas z ciastem, obserwując jego wzrost, to jak delikatnie się rumieni. Po czasie wiesz dokładnie, że nic z tego nie będzie.
Po czasie doskonale rozumiesz, że to co robisz jest bez sensu. Nie masz z tym ciastem tak naprawdę nic wspólnego, ale mimo to siedzisz podparty na krześle i wysłuchujesz jak ciasto z ciebie chichocze, a potem chichoczesz razem z nim, śmiejąc się ze swojej nieudolności.
Jakkolwiek chciałbyś zapomnieć, to po prostu się nie da. I albo się z tym godzisz (tak jak w moim przypadku), albo na siłę robisz z siebie głupka, ciasto wyrzucasz do śmietnika, zajmujesz się czymś innym, a i tak twój mózg mówi: "zjadłbym jakieś pyszne ciasto. Najlepiej takie, jakie jadłeś 2 lata temu. Pamiętasz?".
To podobno nazywa się toksyczny związek. Chociaż dla mnie toksyczne kojarzy się z Czarnobylem, a nie z czekoladowym ciastem, które spróbowałam w dziwnych okolicznościach i nie smakowało tak, jak żadne inne ciasto czekoladowe. A może to był piernik?..
Subskrybuj:
Posty (Atom)